środa, 26 stycznia 2011

Pondicherry


Na Pongalowy weekend wybraliśmy się ze znajomymi do Pondicherry

Pongal
Jedno z najważniejszych świąt w tamilskim kalendarzu. Pongal to połączenie dożynek z Nowym Rokiem. Święto obchodzone szczególnie radośnie na wsiach. Tradycyjnie w tym okresie w Tamilnadu odbywają się walki byków i wyścigi krów, które rogi mają przystrojone balonami. Nas ta atrakcja zainteresowała umiarkowanie, więc celem naszej podróży stała się północno-wschodnia część Tamilnadu. Pojechaliśmy do Pondicherry.



Droga
Droga do Pondi odbyła się bezboleśnie. Ze względu na Pongal skończyliśmy pracę o 13:00. Zjedliśmy pyszny, przygotowany przez Małgosię obiadek i wyruszyliśmy. Tawera mknęła przez stanową autostradę nr 45 bez ustanku aż do Pondi. Po zameldowaniu się w hotelu udaliśmy się na kolację do Rendez Vous, gdzie spędziliśmy część wieczoru, racząc się miernymi owocami morza oraz prawie włoskimi daniami. Na szczęście piwo było smaczne, więc skupiliśmy się na nim.


Pondicherry
Pondicherry, o którym wspominałem już opisując święta, to dawna kolonia francuska na terenie Indii. I widać to tutaj. Wdać też, że dawna, ale o tym zaraz. Na ulicach jest znacznie więcej białych niż w innych miastach Tamilnadu. Przetaczają się też po ulicach stada Francuzów.





Ogród botaniczny
Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od osławionego w przewodniku ogrodu botanicznego w Pondicherry. Opis ogrodu zachęcił nas do jego zwiedzenia. Francuzi przez 30 lat zbierali tam rośliny z całych Indii.
Tak. Podczas wizyty w tym miejscu znacznie podkreśliło się stwierdzenie z poprzedniego akapitu. DAWNA. Ogród też mógł kiedyś być cudownym zjawiskiem. Niestety już dawno nim nie jest. Śliczny park w stylu francuskim zmienił się w typowy styl indyjski. Wspaniała kolekcja unikatowych roślin, śpiewająco-grająca fontanna zostały kompletnie zdewastowane pod opieką Indusów i zamienione w wielki śmietnik. Uciekliśmy stamtąd szybko.








Auroville
Aby zabić niesmak zdewastowanego ogrodu w mieście udaliśmy się na wieś. Auroville to wioska założona przez miłą Francuzkę kilkanaście lat temu. Uznała, że na świecie jest potrzebne miejsce, w którym ludzie będą żyć w harmonii i w spokoju, szanując się wzajemnie, żyjąc z płodów rolnych, uprawianych przez samych siebie i spokojnie oczekując przyjścia obcych na ziemię. Ten ostatni aspekt przypadł mi najmniej do gustu, natomiast główna sala do medytacji bardzo mi się spodobała. W wielkiej złotej piłce golfowej banda hipisów umieściła jeden z największych kryształów, jakie są na Ziemi. Kryształ jest oświetlany przez słońce, które wchodzi do środka przez dziurę w centralnej części. Coś niesamowitego. Nie spodziewałem się, że taka budowla zrobi na mnie tak wielkie wrażenie. Myślę, że obcy, którzy tutaj mają przylecieć według wierzeń autochtonów też będą pod wielkim wrażeniem tej misternej konstrukcji. Auroville przypadło mi do gustu. Bardzo ciepłe miejsce.








Plaża
Po drodze z powrotem do Pondi zatrzymaliśmy się na krótki spacer po plaży. Nie jestem wielkim fanem plażowania, więc nie wiem, co tutaj mogę napisać. Piasek, muszelki i słona woda. Wszystko co potrzebne do poleżenia na plaży. Co też uczyniłem. Po 15 minutach, kiedy obfotografowałem wszystko i wszystkich po kilkaset razy trzasnęły drzwi tawery i pojechaliśmy na masaż do Pondi.
Po powrocie do Pondi, natchnieni mocą wielkiej kuli, zjedliśmy pyszny obiadek w hotelu przy plaży, popiliśmy niewielką ilością alkoholu i ku uciesze ducha zamknęliśmy powieki, oczekując jutra.




Mamallapuram
Tutaj pojechaliśmy po sytym śniadanku. I tutaj okazało się, że jest bardzo dobrze. Mamallapuram to urocza, leniwa pohipisowska wiocha. Miejscowość oprócz ***** resortów pełna jest noclegów klasy ekonomicznej. Po Mamallapuram panoszą się surferzy, podstarzali hipisi, miliony Indusów (ale na szczęście tutaj mają swoje ulubione miejsca, gdzie się tłoczą, zostawiając innym nieco przestrzeni). Krótko pisząc: idealne miejsce na weekend na leniucha.
W miejscowości oprócz ślicznej plaży znajdują się skałki odkopane przez brytyjskich archeologów, na których wybudowano latarnię morską. Oprócz skałek można tutaj odnaleźć jakąś świątynię, do której tym razem nie dotarliśmy i niepowtarzalny klimat wart pokonania niecałych 400 km tawerą, po której krzyż, barki i genitalia będą dochodzić do siebie kilka dni.







Pozdrawiam
J.P.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz